piątek, 18 maja 2012
Angielskie majtki

Jakis czas temu byl program w telewizji. Mary Portas chciala szyc angielskie gacie.

Mary Portas to taka pani z pomaranczowymi wlosami, w wieku 52 lat, ktora robi programy telewizyjne, glownie w dziedzinie handlu.

Program, o ktorym mowie, dotyczyl szycia majtek, w 100% angielskich. Marysia Portas wkurzyla sie, bo ubrania sa produkowane w Chinach i w Europie wschodniej, no i tak przeciez byc nie moze, bo majtki mozna produkowac w Anglii, wzmacniajac tym samym lokalny rynek. Gacie mialy byc wykrawane w Anglii, mialy byc robione z angielskich materialow (wlaczajac w to angielska koronke), szyte w Anglii, przez angielskich pracownikow.

Program pokazywal, jak Marysia zatrudniala pracownikow. Anglicy z nizin spolecznych. Ludzie, ktorzy nie pracowali od 7, 10, 20 lat. Chlopiec, pietnastoletni (tak, 15!), ktory ma 4-letniego syna!!! Miales jakies dobre wzorce? Pyta go Mary. Nie, nie mialem, odpowiada dzieciak, bo moi rodzice nigdy nie pracowali. No to jak sie utrzymywali? dziwi sie pani Portas. No, z zasilkow, oczywiscie. A ty kiedys pracowales? Nie, nigdy.

Potem rozmowa kwalifikacyjna z laska, ktora sie bardzo burzy: Jak to? Ja mam przy maszynie siedziec i szyc? Czy Ty jestes szalona? Panienka dwadziescia pare lat, dwojka dzieci, chyba w zyciu pracy nie zaznala.

Nie wiem, jaki byl wynik koncowy eksperymentu z gaciami w 100% angielskimi. Nie obejrzalam programu do konca. Za bardzo sie zdenerwowalam.

Troche tym, ze Mary ma nierealne pomysly. Wyprodukowanie majtek w Chinach kosztuje 5 pensow. Zrobienie tych samych w Anglii - 2 funty. Handel to prosta matematyka - cena-koszt=zysk. I tyle.

Ale glownie zdenerwowalam sie tym, ze na Polakow sie jedzie, ze prace zabieraja, ze bezrobocie w Anglii rosnie przez Polakow wlasnie, ale nikt nie zauwaza - OFICJALNIE, bo kazdy normalny Anglik doskonale to wie  - ze pewien gatunek Anglikow od pokolen jedzie na zasilkach, ochoty zadnej pracowac nie ma, i pracowac nigdy nie bedzie - bo im sie to po prostu nie oplaca. Gdyby zaczeli pracowac, straciliby darmowy dom, zasilek na tamto i na sramto. Zarobiliby mniej, niz dostaja w zasilkach. I trudno im sie dziwic, skoro rzad daje, to czemu nie brac...

Jedna pani w wiadomosciach powiedziala tak:

- Ja chcialabym pracowac, bardzo bym chciala. Ale mi sie to nie oplaca - bo zarobie mniej, niz teraz dostaje od rzadu, a w dodatku bede musiala zaplacic za opieke nad dziecmi. Dlatego tez do pracy nie pojde.

I trudno jej sie dziwic, tak naprawde.

No i znow zboczylam na drazliwy temat...

niedziela, 13 maja 2012
Cpun i manicure

Postanowilam dzisiaj, ze sie dopieszcze. Odkad przyjechalam do Anglii bardzo rzadko pozwalam sobie na przyjemnosci. Masaz? Kosmetyczka? A co to jest? Wypady do restauracji tylko sporadycznie. Wakacje? Nie wspominajmy nawet. Buty kupuje juz tylko raz na miesiac*.

Postanowilam, ze wybiore sie na manicure, bo moje paznokcie wolaly o pomste do nieba. Sama nie bardzo potrafie o nie zadbac. Nie jestem szczesliwa posiadaczka zdrowych, ladnych paznokci, z ktorymi nic nie trzeba robic. Moje paznokcie rozdwajaja sie kosmicznie, maja brzydki ksztalt, do tego czerwone rece... tragedia.**

Manicure dla biedakow, za £13, wykonywany przez Wietnamki czy Filipinki, zadna rewelacja, ale w porownaniu z tym, co bylo - super.

Rozpislam sie o manicure, a chcialam o cpunie. Wracajac do domu widze samochod - jedzie, nagle sie zatrzymuje. Slysze rozpaczliwy trzask skrzyni biegow gdy kierowca, wciaz szybko jadac do przodu - wrzuca bieg wsteczny. Potem wjezdza - tylem - na chodnik. Prosto w plot z cegly. Nieporuszony daje do przodu, troche do tylu, i parkuje w poprzek chodnika. Potem wysiada. Pan w wieku okolo siedemdziesieciu paru lat! Myslalam, ze on ze starosci tak zle jezdzi. Ale zmienilam zdanie, jak zobaczylam, ze staruszek dziarsko pomaszerowal prosto do sklepu z haszyszem....

 

* To mialo byc smieszne ironiczne, ale dla tych, ktorzy nie zalapali - sprostowanie - oczywiscie, ze nie. To znaczy nie czesciej, o wiele rzadziej, dla jasnosci!

** Jesli ktos zna jakies sposoby na wzmocnienie paznokci, to poprosze. Uprzedzam, ze stosowalam wiele rzeczy - maczanie w oleju, kremy, zele, masci i specjalne lakiery, biore witaminy, ale nic nie dziala. Rozdwajaja sie okrutnie, do polowy paznokcia zlazi wierzchnia warstwa.

sobota, 12 maja 2012
Z przyzwyczajenia zrobilam z siebie glupka.

Wyszlo slonce, wiec w koncu wybralam sie do B&Q - to taki tutejszy Leroy merlin - kupic ziemie i donice -juz od dawna nalezala sie temu biednemu drzewku przeprowadzka. W zeszlym roku - z braku odpowiedniej ilosci doniczek - wsadzilam to drzewko razem z paprocia. Paproc silna, wielka sie rozrosla, a biedne drzewko ostatnimi silami zycia sie trzyma.

Zaladowalam wozek, przy kasie wyciagam portfel, a tam karty nie ma! Jak to ja, zaczelam panikowac, i myslec na glos. Nie mam karty, bede musiala jechac do domu :( nie, zaraz, zaraz, mam karte kredytowa. O cholera, ale nie mam telefonu, w ktorym jest zapisany pin do karty, a na pamiec pinu, oczywiscie, nie znam. Moze bedzie na podpis? Nie bedzie? O kurcze, no trudno, musze pojechac do domu po karte...

W tym momencie ekspedientka, mlodziutka dziewczyna, ze stoickim spokojem pyta:

- A gotowki Ci nie wystarczy?

Spalilam raka jak nie wiem co. Z portfela odwaznie wygladaja dwudziestofuntowe banknoty. Z piec minimum.

Brawo dla mnie za glupote!

Do tego tuz po wyjsciu ze sklepu przypomnialam sobie, ze karte mam, jak najbardziej przy sobie, w kieszeni bluzy - wczoraj jadac na silownie nie chcialam brac calego portfela wiec karte wlozylam do kieszeni...

A wszystko przez to, ze zawsze place wszedzie karta, i tak juz sie przyzwyczailam...

piątek, 11 maja 2012
Co golimy?

No rozwalilo mnie to, po prostu! A jak opowiedzialam kolezance, to sie poplakala! Koniecznie obejrzyjcie do konca :)

wtorek, 08 maja 2012
Szesc lat temu...

Szesc lat temu moje zycie zmienilo sie na zawsze. Byl stres, byly dwie operacje, moja i Oli, byly niekonczace sie wizyty u lekarzy. Urodzila sie Ola.

Kto ciekawy, niech spojrzy na wpisy z maja 2006 roku. Ja spojrzalam. Lza mi sie w oku zakrecila... A teraz mam w domu szescioletnia, paskudnie niegrzeczna i rozbrajajaco czarujaca Ole. Ole z charakterkiem wiekszym od Azji. Ole, ktora robi co chce, ubiera sie zgodnie ze swoja wlasna fantazja, i nie przejmuje sie opinia innych.

poniedziałek, 07 maja 2012
Londyn, globalna wioska, i przyjaznie.

Wlaczylam radio ZET, pierwsze co slysze, to Koko, ha ha ha.

Ale ja nie o tym. Ja o tym, ze wczoraj pierwszy raz w zyciu pojechalam do Londynu. Samochodem! Do tej pory balam sie. Waskie ulice, wszedzie korki, jednostronny ruch w wielu miejscach, zakaz wjazdu tu i tam. Kolezanka raz pojechala, i jeden samochod bok jej zarysowal, a drugi urwal lusterko boczne.

No i w dodatku trzeba placic tzw. congestion charge. Jest to oplata za wjazd do Londynu samochodem, zostala wprowadzona w 2003 roku w celu ograniczenia liczby pojazdow prywatnych w centrum Londynu. Miala zachecac do uzywania transportu publicznego. Oplata wynosi £10 za kazdy dzien, obowiazuje od poniedzialku do piatku w godzinach 7:00-18:00.

Wczoraj byla niedziela, wiec oplata nie obowiazywala. No i pomyslalam sobie, ze ruch bedzie mniejszy w niedziele niz w tygodniu, poza tym mam doswiadczenie w prowadzeniu samochodu w dosyc szalonych miejscach (Warszawa, Nowy Jork, i przede wszystkim DOHA!!) wiec zaryzykowalam. Do odwaznych swiat nalezy!

Poszlo w miare gladko, chociaz kilka razy skrecalam z prawego pasa w lewo. Ale samochod caly. No i nie wiem, czy doswiadczenie kiedykolwiek powtorze :)

Do Londynu jechalam na parapetowke. Na przyjeciu rozmawialam z pewnym panem. I pan ten zapytal mnie, czy pisanie bloga daje mi jakies korzysci. Niekoniecznie materialne.

Zastanowilam sie nad odpowiedzia, i doszlam do wniosku ze i owszem daje. Materialnych zadnych. Satysfakcje z tego, ze mam wielu wiernych czytelnikow - ogromna. Poczucie, ze gdzies tam po swiecie jest wiele osob, ktore przezywaja ze mna wzloty i przede wszystkim upadki, ktore dobrze mi zycza i mnie pocieszaja. Mile zaskoczenie gdy po rocznej przerwie zaczynam znow pisac, i okazuje sie, ze wiele osob wciaz tutaj zagladalo, majac nadzieje, ze znow bede pisala.

Ale przede wszystkim, najwieksza korzyscia, jaka mam z tego bloga, sa ludzie. Ludzie, ktorych poznalam dzieki Mazusom, teraz Olzusom.

Czytelnicy!!

Wieloletnie przyjaznie, z ktorych niektore przetrwaly do dzisiaj, niektore, niestety, rozpadly sie przez glupoty.

Znajomi internetowi, ktorych nigdy nie poznalam, ale z ktorym pisze prywatne maile, calkiem regularnie.

Przelotne znajomosci, takie na jedno spotkanie. W Polsce, w Anglii, w Katarze. Swiat jest maly. Bardzo maly. Gospodynia wczorajszej prywatki byla dziewczyna, ktora poznalam w Katarze. Dwa razy chyba tylko. Pozniej ona wyjechala, do Niemiec, do Polski.. teraz, po pieciu latach, obie jestesmy w Anglii. Wiec sie spotkalysmy! Mamy juz prowizoryczne plany na nastepne spotkania, a jakze!

Tak, bezwstydnie czerpie korzysci z mojego bloga. I mam zamiar kontynuowac :)

sobota, 05 maja 2012
Koko koko?

Przez przypadek zupelnie, jak to zwykle u mnie bywa, dowiedzialam sie o piosence Koko Euro Spoko. No to zaczelam grzebac po polskich mediach internetowych, zeby sie dowiedziec wiecej. Okazuje sie, ze Koko zyje cala Polska. Ze kazdy ma jakies gorace uczucia co do tej piosenki, wiekszosc negatywne. Krytykuja dziennikarze, internauci, artysci.

Posluchalam raz, i juz znalam na pamiec niemalze. Koko koko euro spoko, pilka leci gdzies wysoko, czy jakos tak. Wsiowo? No pewnie, ze wsiowo. Durnie? A jakze!

Ale co z tego? Czy "oficjalna piosenka na Euro" jest o wiele lepsza? Takie samo badziewie, tyle ze bez poczucia humoru. Laska kreci tylkiem (czy owa Oceana to gwiazda jakas w Polsce? Pewnie tak) i spiewa o niekonczacym sie lecie na tle plaz - zdecydowanie nie warszawskich. A ja pytam ponownie, i co z tego? Moim zdaniem pioseneczka jak disco polo, tyle ze po angielsku. Loo ooo oo, je je je.

A wracajac do Koko, byc moze warto popatrzyc na nasze polskie babcie z przymruzeniem oka, i podejsc z dystansem do tego wszystkiego? Inne narody potrafia sie z siebie smiac, dlaczego my nie mozemy? Ja osobiscie, gdybym w klubie uslyszala Koko, to po ogarnieciu sie z poczatkowego szoku zaczelabym do tego tanczyc. A co, dlaczego nie!

Znalazlam na stronach gazeta.pl teledysk na Eurowizje Rosji, tez babuszki spiewaja. Sami zobaczcie, nasze w porownaniu z tamtymi to gwiazdy! (wysluchawszy dochodze do wniosku, ze Rosjanie dla jaj wybrali ta piosenke, bo jakze inaczej??)

A skoro juz o Eurowizji, to posluchajcie piosenki, z ktora Anglia wystartuje. Tez beznadzieja, moim zdaniem, w dodatku smetna:

czwartek, 03 maja 2012
Jak to Angole nie potrafia ucelowac.

PANIKA! Susza! Susza okropna. Wprowadzono zakaz uzywania szlaufa - ogrodki trzeba konewka podlewac. Radio i gazety az pekaja od porad jak to oszczedzac mozna wode - zakrecac przy myciu zebow, brac prysznic, ba, ustawic sobie klepsydre pod prysznicem i nie przekraczac wyznaczonego czasu... kapac sie z sasiadem, a jakze.

Lokalny dostawca wody reklamy puszcza non stop - oszczedzajmy wode, bo SUSZA! Nie ma wiadomosci porannych czy wieczornych, zeby o suszy nie trabiono.

A tu nagle zaczal padac deszcz. Pada i pada, leje od tygodni, dzien w dzien. No i susza zamienila sie w POWODZ!! Oj, rany, rany, to sie dopiero narobilo!

Wiadomosci nagonke robia na dostawce wody, ze wprowadzil zakaz uzywania szlaufa, a teraz sobie z powodziami nie radzi, i ze rzeki wylewaja i pojemniki na wode (te dostawcy) przepelnione. Dostawca sie broni, ze to wcale nie jest prawda, bo wlasnie ze sobie radzi, a zakaz szlaufa jest konieczny...

Podobno Polacy to narod narzekajacy. Ale mowie Wam, jesli chodzi o narzekanie na pogode, to nikt Anglikom nie dorowna! Jak jest slonce, to zle, bo za goraco, i susza. Deszczu im sie wtedy chce. Jak jest deszcz, to tez niedobrze, bo pada i pada, i slonca wcale nie ma. No i powodz. Jak zima bez sniegu, to narzekaja, ze co to za zima, taka bura i ponura. A jak spadnie snieg, to caly kraj zamiera, bo zaspy sniezne (w wysokosci 2cm) paralizuja ruch na ulicach...

sobota, 28 kwietnia 2012
Zakupy w internecie.

Uwielbiam zakupy przez internet. Serio. Moge zastanawiac sie przez cztery dni, czy te akurat szpilki mi sie podobaja, czy nie. Moge je ogladac siedem razy na dzien, o kazdej porze dnia i nocy, i zadna naburmuszona ekspedientka nie bedzie niezadowolonych min robila.

Niewatpliwa zaleta zakupow online jest to, ze mozna porownac ceny. I czesto jest o wiele taniej niz w sklepach. Na tej stronie mozemy robic zakupy spozywcze. Wrzucamy do 'koszyka' pol kilo mielonego, a strona pokazuje nam tansza alternatywe (jesli taka istnieje). Ale to nie wszystko, mozemy rowniez zobaczyc, ile nasze zakupy kosztowalyby w innych supermarketach (Tesco, Sainsbury, Ocado..). I jesli w trakcie zakupow okaze sie, ze Tesco jest tansze od Sainsbury, to mozemy z latwoscia przeniesc nasz koszyk do Tesco...

Nie mozna zapomniec o wszechobecnych promocjach i kuponach znizkowych.

W internecie kupuje nie tylko artykuly spozywcze, ale rowniez ubrania i BUTY!! Jednym z moich ulubionych sklepow - od lat - jest ASOS. Kiedy zaczynali, sprzedawali ubrania i buty wzorowane na drogich markach, w ktore ubieraly sie znane osoby (ASOS to skrot od as seen on stars). Do tej pory mam czarne szpilki z czerwona podeszwa... (kto sie interesuje, to wie co to oznacza.. a la Louboutin, hi hi hi :) ). Dzisiaj ASOS ma olbrzymi wybor ubran tanszych, i markowych. Juz nie 'wzorowanych'.

Ostatnio kupilam sobie sliczne szpilki. Nie tylko przesylka jest za darmo, ale dodatkowo tez wieczorem dostalam smsa, ze moja paczka przyjdzie jutro pomiedzy 11 a 12. Hura, nie trzeba czekac caly dzien w domu! Co wiecej, paczka zostanie przywieziona przez "Twojego kierowce, Piotra". Hej ho, nie kazdy ma "swojego" kierowce, nie?

Najpiekniejsze jest to, ze jesli cos, co kupilismy nie pasuje, albo po prostu sie nam nie podoba, mozemy to za darmo odeslac. Bez problemu.

Zakupy w internecie maja tez, oczywiscie, swoje wady. Kilka razy nacielam sie, a jakze. Zamiast bialego chleba zamowilam sobie chlebki pita, butelka keczupu okazala sie mikroskopijnego rozmiaru (nie zauwazylam, ze pojemnosc jakas taka niska...), a schab mial 4 kilo, kosztowal £40, i jadlysmy go potem przez tydzien.

Czy Wy kupujecie przez internet? Jesli nie, to dlaczego? Jesli tak, to co?

sobota, 21 kwietnia 2012
Nieszczescia chodza parami. Albo dziesiatkami.

Wakacje w Kornwalii generalnie byly bardzo udane, poza pewnymi, ze tak powiem, glupimi wypadkami.

Wspomnialam juz o tym, ze zapomnialam walizki. Nie wspomnialam natomiast (chyba) o tym, ze tylek mi marznal przez piec dni. W salonie mialysmy piecyk gazowy. Pol godziny zajelo mi rozpracowanie go. Jak sie toto wlacza? Probowalam zapalniczka, ale tylko sobie paznokcie przypalilam (smierdzialo). W koncu odkrylam, ze wystarczy kurek przekrecic.

W sypialniach za to bylo zimno jak na Syberii. Pewnego ranka obudzilam sie i zanim wyszlam z lozka zabawialam sie ogladaniem pary, ktora mi buchala z ust. Dopiero po pieciu dniach odkrylam, ze w sypialni tez jest ogrzewanie... do konca nie udalo mi sie rozpracowac jak dziala ciepla woda w prysznicu.. albo raczej jej brak.

Taka bylam szczesliwa z powodu ogrzewania w sypialni, ze z tej radosci spalilam recznik, spodnie Oli i getry Zuzi (suszylam za blisko...). Ladne dziury wypalone sie zrobily. Dobrze, ze karawanu z dymem nie puscilam.

A skoro juz o dymie mowa, to oczywiscie musialam tez przetestowac alarm przeciwdymny. W domu zawsze przy smazeniu nalesnikow robi mi sie dosyc czarno w kuchni, i alarm - wczeslniej lub pozniej - zaczyna wyc. W karawanie tez przetestowalam, a jakze, smazac jajka. Sasiad przylecial, bo myslal, ze wybuchl pozar...

Przedostatniego dnia skonczyl sie nam produkt pierwszej potrzeby - papier toaletowy. Wyslalam dzieci na misje - kradziez z toalet publicznych.

W niedziele (nasz ostatni dzien w Kornwalii) wybralysmy sie na wycieczke do slicznego miasteczka St Ives. Za parking musialam zaplacic £6, ale nie ma nic za darmo w dzisiejszym swiecie, wiec zaplacilam.

Zatrzymalysmy sie na lunch w pubie. Gdy wychodzilysmy, Zuzia odkryla, ze jej kurtka jest cala mokra, spodnie tez. Na siedzeniu bylo pelno wody. Zuzia oskarzyla mnie o to, ze sie posikalam. Jaka to opinie to dziecko musi miec o swojej matce...

Okazalo sie, ze przez przypadek butelka z woda w mojej torbie sie odkrecila. Zalala nie tylko siedzenie i tylek Zuzi, ale rowniez portfel, kindle, telefon... (Kindle przestal dzialac na tydzien, na szczescie po wysuszeniu sie naprawil).

Jesli myslicie, ze to koniec mojej glupoty, to sie grubo mylicie! Na koniec udalo mi sie jeszcze zgubic Ole.

Ostatniego dnia wieczorem poszlysmy na wieczorne rozrywki. Dzieciaki sie wyglupiaja pod scena, ja, tradycyjnie, przy stoliku zlopie piwo.

- Ostatni taniec i wychodzimy - mowie okolo 22. W koncu rano musimy wracac do domu!!

Ale dalam sie poniesc emocjom (i tym piwom..) i pomyslalam sobie - a co mi tam, zatancze do tej glupiej piosenki Chocolate.... i poszlam sie wyglupiac. Jedna piosenka, potem druga, trzecia... w koncu biore Zuzie (ktora tanczyla obok mnie) i rozgladam sie za Ola. Oli nigdzie nie ma!

Gdy ja znalazlam Ola byla zalana lzami, w asyscie pieciu pan strazniczek. Okazalo sie, ze Ola, ktora NIGDY, PRZENIGDY nie robi tego, o co ja prosze w tym jednym, jedynym przypadku zdecydowala, ze skoro mama mowi, ze wracamy po jednej piosence, to znaczy ze wracamy... ech, te dzieci!

A wracajac do domu, stojac w kilometrowych korkach, zastanawialam sie, dlaczego ci wszyscy idioci (wlaczajac w to autorke tego bloga) wracaja do domu po swietach akurat w poniedzialek wielkanoncny....

Chocolate wyglada mniej wiecej tak jak w wideo ponizej (pozyczone z youtube od przypadkowego uzytkownika).

10:57, sylwiastep , Podroze
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 132