czwartek, 30 września 2004
P.S. do komentarza
Przytaczam tutaj jeden komentarz, poniewaz jesli frisky2 mysli, ze nie lubie Kataru, to moze inni tez tak mysla? A ja nie chce, aby ktokolwiek tak myslal, bo to byloby nie fair. Dlatego najpierw komentarz, a potem moja odpowiedz.
frisky2
2004/09/23 15:42:25
Jest takie powiedzenie angielskie: jak czegos nie mozesz zwalczyc, to staraj sie to polubic.
Mam wrazenie ze mialoby zastosowanie do ciebie: ten Katar przyjmujesz jako zlo konieczne, bo tyle tam innych i dziwnych rzeczy i zwyczajow, do ktorych trudno sie przyzwyczaic. Ale jakby popatrzec na to z innej strony, odnalezc te pewna beztroske cechujaca tych ludzi, nie przejmowanie sie przyszloscia, zrozumiec, ze zwykla czynnosc urzednicza zalatwia sie nie w 30 minut jak w Polsce, ale w 3 dni, to wtedy zycie staloby sie lzejsze i nabraloby barw. A upal? tez jest do zniesienia, po pewnym czasie nawet jest tak normalny, ze nie stanowi problemu. Pozdrawiam
I moja odpowiedz

Ale to wcale nie jest tak. Bo ja naprawde lubie Katar. Pomimo tych wszystkich absurdow, i rodowitych Katarczykow, ktorzy patrza na wszystkich z gory, i nudy. Bo tu jest po prostu nudno (ja sie nie potrafie nudzic, wiec sobie szukam roznych rozrywek, ale fakt jest faktem). Ja nie narzekam na Katar (tak mi sie wydaje, w kazdym badz razie :) ), ja tylko opisuje te absurdy.

I to chyba dobrze, bo juz zauwazylam, ze do niektorych rzeczy, ktore mnie dziwily na poczatku, sie przyzwyczailam, i traktuje je jak cos normalnego. A tak to zawsze moge sobie wrocic, poczytac, i nie pojdzie w zapomnienie.

Np. moj maz, on kocha Polske. Ale tuz po przyjezdzie wiele rzeczy go dziwilo, wiele rzeczy wkurzalo. I o tym mowil. Nie potrafil wielu rzeczy zrozumiec. Teraz nie potrafi wymienic nawet kilku z nich. A Polske, jak juz napisalam, kocha.

 

Bo lubi sie cos (albo kocha) pomimo.

 

Dlatego frisky2, i wszyscy inni: jesli ktos mysli, ze mi sie Katar nie podoba, to prostuje: podoba mi sie. Nie zawsze, ale generalnie i w wiekszosci.

A jak mi sie przestanie podobac, to dam Wam znac.

:)

Upierdliwi wspollokatorzy

Mamy wspollokatorow. Niechcianych. Niepozadanych. Upierdliwych i obrzydliwych. 

MROWKI.

Czy ktokolwiek z Was mieszkal kiedykolwiek z mrowkami? Bo jesli tak, to wie o czym mowie. A jesli nie, to sobie tego nie bedzie umial wyobrazic.

Nasze mrowki ulokowaly się glownie w kuchni. Chociaz w lazienkach tez się trafiaja. A ostatnio znalazlam kilka na kanapie.

I te mrowki tak sobie laza. Wchodzi czlowiek do kuchni, podchodzi do zlewu (rejony zlewu upodobaly sobie najbardziej), a tam defilada stworzen – po scianach, po zlewie, po blacie roboczym, po naczyniach.... A ja (probujac powstrzymac dreszcze obrzydzenia) te mrowki paluchem rozgniatam, a jak jest ich ponad 50 to kapciem wale na oslep...

Ostatnio utluklam pare mrowek uprawiajacych seks. Albo moze tylko mi się wydawalo ze one kopuluja, bo byly ze soba sczepione? Jak się kochaja mrowki? Czy mrowki w ogole się kochaja?

A wczoraj kupilam Raid, co to zabija na smierc, i wypsikalam cala kuchnie. Wali do dzisiaj. No i boje się jedzenie klasc gdziekolwiek, bo co jak meza otruje? Nikt mi nie uwierzy, ze to niechcacy...

Ale chociaz jak na razie mrowek nie ma. Przynajmniej kolo zlewu, bo dzis wyjelam ciastka z szafki, a ze srodka mi się wysypaly.... 

MROWKI.

Juz jestem, tesknilam

MAM! MAM! internet, i dzialajacy komputer!!! Hurra!

Internet mi zainstalowali dzisiaj, takie jakies 10 minut temu! Dziecku dalam "babelki", robi mi basen w salonie, ale mam spokoj i moge napisac w Mazusach!

Teraz juz wiem, ze jestem uzalezniona - rece mi sie trzesly, zrenice sie powiekszyly do rozmiarow talerzykow, ale mam, dziala, znow jestem w swiecie zywych! ;-)

poniedziałek, 20 września 2004
Qtel, czyli telekomunikacja po katarsku

Oj, wytrzymac nie moglam, wiec cichaczem sie zakradlam do "sluzbowki", dziecko spac polozylam, i zasiadlam przed komputerem... (bo w domu wciaz jeszcze nie mamy internetu :( )

I opisze Wam cos, co pewnie niektorzy z Was jeszcze pamietaja z nie tak odleglych czasow w Polsce...

Mamy telefon. Chcialam sie dowiedziec:

1. Ile wynosi miesieczny abonament (wiem, ze polaczenia lokalne sa "za darmo", czyli w abonamencie);

2. Jak moge sie polaczyc z Internetem;

3. Ile kosztuje minuta rozmowy z Polska.

Znalazlam numer biura Qtel (Qtel jest monopolista w Katarze, tak jak kiedys TPSA. Nie ma innego dostawcy - Qtel daje telefony, Internet, i komorkowe numery). Zadzwonilam. Zaczelam od nieszczesnego abonamentu.

- Prosze zadzwonic pod 123* - uslyszalam.

Pokornie dzwonie.

- Nie, to nie u nas, prosze zadzwonic pod 456.

Dzwonie. Zadaje pytanie.

- Acha, acha, mhmmm (slysze podczas gdy tlumacze). A tak w ogole to o co chodzi? (slysze na koniec).

Tlumacze ponownie.

- A nie, to prosze pod 789.

Wkurzona juz dzwonie pod 789. Pan prosi o jakis numer. Podaje numer naszego telefonu. Niestety, on tego numeru nie ma.

- Jak to pan nie ma, skoro ja do pana dzwonie z tego wlasnie numeru?

Pan prosi o numer jakiegos kabla. Jaki kurcze kabel?

- Bo widzi pani, my jestesmy od kabli. Jak pani chce co innego, niech pani dzwoni pod 456.

- Ale ja tam dzwonilam, i kazali mi do pana....

- Niech pani zadzwoni pod 456 a na koncu zero wykreci.

Co za cholera!

W koncu dodzwonilam sie gdzies, ile miesiecznie place? pytam, prosze o numer telefonu, slysze, radosnie podaje, majac nadzieje...

465 QR pani bez wahania walnela! Ozesz! Za miesiac??? Czemu tak duzo, sie pytam? Czy jest jakakolwiek szansa, aby placic mniej? Ale juz sie nie dowiedzialam, bo Pani nie umiala mi odpowiedziec. Podejrzewam, iz jej znajomosc angielskiego skonczyla sie na 465 riyals.

Pytanie drugie - internet. Tu bylo latwiej, ale i tak musialam wykrecic 3 numery, aby sie dowiedziec jak sie polaczyc. I chwala Wszechmocnemu ze pamietalam, iz w Polsce potrzebne jest haslo, jesli sie dzwoni przez modem, to sie zapytalam. Jakbym sie nie zapytala, to by mi pan nie powiedzial...

Z polaczeniami miedzynarodowymi bylo jeszcze latwiej - tylko 1 numer!! 1 minuta polaczenia z Europa kosztuje ponad 2 QR**

Cala ta rozmowa kosztowala mnie wykrecenie okolo 10 numerow, zmarnowana godzine (tak, tak, wcale nie krocej), i.... brak wiedzy. Bo ja wciaz nie wiem, jaki jest moj abonament, i czy sa rozne abonamenty, i czy jest opcja aby mniej placic za telefon, ktorego sie nie uzywa....

Ech...

Od okienka, do okienka, od jednej pani, do drugiej pani... Pamietacie?

I jeszcze pare telefonicznych "kwiatkow":

  • Wszystkie polaczenia lokalne sa za darmo.
  • Nie ma tutaj czegos takiego jak automatyczna sekretarka, nawet na komorce. Przynajmniej ludzie, z ktorymi rozmawialam, o czyms takim nie slyszeli.
  • Wolniejszy ISDN jest drozszy niz szybszy ADSL. Podobno dlatego, ze ISDN jest dla biur, a ADSL dla domow.
  • Nigdzie nie podaje sie adresow!!! Wszedzie numery telefonow. Czyli np. typowa informacja na temat centrum handlowego:

City Center shopping mall, telephone number: 445 00 20

Ja nie wiem, ale pewnie jak sie chce gdzies pojechac, to trzeba zadzwonic, i oni droge tlumacza...

  • Numery telefonow (zarowno stacjonarnych jak i komorkowych) sa krociotkie - 7cyfrowe.
  • Numery stacjonarne zaczynaja sie na 4, numery komorkowe na 5.

* Numery sa pozmieniane. Nie dla niepoznaki, tylko dlatego, ze notatki z moich rozmow z Qtel'em zostawilam w domu i nie pamietam tych numerow. Jak komus zalezy, dopisze w komentarzach potem.

** Zapomnialam, notatki j.w. Jesli ktos chce, dopisze ile dokladnie :)

wtorek, 14 września 2004
Smutki :)

Zuzia, 2,5 (jak sama o sobie mowi) byla niegrzeczna, i dostala bure od mamy. Siedzi u mamy na kolanach, cichutko, buzia w podkowke, siedzi i mysli....

W pewnym momencie mowi:

- Mama, mam smutki...

- Dziecko, a jakie ty masz smutki?

- Zolte! bez namyslu odpowiada Zuzia, 2,5, i sie szeroko usmiecha.

Fajnie miec takie smutki....

Gold's Gym

Znow sie przeprowadzamy :(  Juz mam tego dosyc - wieczne pakowanie i rozpakowywanie....

Do tej pory mieszkalismy w sluzbowej willi (tutaj nie ma domow, wszystko sa "wille". Chyba specjalnie taka terminologie objeli aby sobie humory poprawiac: Oh, ja mieszkam w willi! Oh, moje trzy zony maja cudne wille!" :) ).

Dzis ostateczna przeprowadzka, juz rzeczy przeniesione...

Poniewaz nie mamy jeszcze karty pobytu (a bez tego ani rusz, nic sie nie da), nie bede tam miala internetu. Nie wiem, na jak dlugo, wiec na wszelki wypadek juz teraz sie pozegnam (na tydzien przynajmniej. Obiecali mu ta karte w tym tygodniu, ale tutaj jest Qatar...). Ale koniecznie pamietajcie o mnie, poniewaz "I'LL BE BACK...."

A na pozegnanie historyjka z Gold's Gym.

Gold's Gym jest jedyna niezalezna silownia (sa inne, ale te "inne" naleza  do klubow). W calym Katarze. Znajduje sie na D-ring Road, niedaleko naszej willi.

Silownia ma w nazwie "zloto". Tutaj wszyscy sie kochaja w zlocie. Wszystko jest zlote, nawet auta sa "zlote", meble maja "zlote" wstawki, "zlote" schody, no wszystko.

Gold's Gym nie bez kozery nazywa sie "zlota". Otoz budynek jest caly... zloty. I to bez przesady - okna, sciany, nie zolte, ale zlote... (zdjecie dam jak tylko wywolam..)

Silownia jak silownia - dosyc duza, przy kazdej maszynie do kardio jest osobny telewizorek, 1 sala do aerobiku....

Godziny wylacznie dla pan - 7:00-11:00

Godziny wylacznie dla panow - 11:00 do zamkniecia (zapomnialam, moze 22:00?)

Jawna dyskryminacja kobiet.

Pytam sie, czy gdybym chciala przyjsc podczas "meskich" godzin, to czy moge? Bo mi towarzystwo panow nie przeszkadza, przyzwyczajona jestem, w "barbarzynskiej" Polsce nie dbaja o panie, i nie zapewniaja im komfortu "ladies only".

Absolutnie nie, dowiaduje sie, to jest zakazane.

No dobrze. Nie to nie.

A ile kosztuje? pytam sie. W Polsce za duza, nowa silownie placilam 150pln miesiecznie. Gold's Gym jest "nieco" drozsza:

Dla pan:

  • 1 miesiac: QR 400 (plus QR 50 oplata wstepna)
  • 1 rok: QR 2250 (plus QR 50 oplata wstepna)

Dla panow jest jeszcze drozej:

  • 1 miesiac: QR 600 (plus QR 50 oplata wstepna)
  • 1 rok: QR 3500 (plus QR 50 oplata wstepna)

Niestety, za zlote progi jak na moje nogi....Obrosne tluszczem, kondycja mi spadnie, a 2300 wydam na bielizne korygujaca i krem odchudzajacy :)


niedziela, 12 września 2004
Zab i sklep z alkoholem

W srode bodajze (moze w czwartek? Tutaj wszystkie dni zlewaja mi sie w jeden) rozbolal mnie zab. Najpierw delikatnie, jak niesmialy kochanek, tylko od czasu do czasu dawal o sobie znac.

Potem, jak juz sie osmielil, z obrzymim impetem nacieral w kazdej minucie! Potem przeksztalcil sie w brutalnego natreta, ktory nie chcial mnie zostawic ani na sekunde.

Znacie ten bol, kiedy to nic nie moze pomoc? Kiedy to nie wiecie, co ze soba zrobic, kiedy chodzicie niemalze po scianach? Kiedy to chcielibyscie rozdrapac sobie dziaslo do krwi po to tylko, aby pozbyc sie zrodla bolu? To byl wlasnie taki bol.

Poszlam do dentystki. Hinduska, pod bialym kitlem ubrana w sari. Podobnie jej asystentka. Zrobila przeswietlenie, i stwierdzila, ze nic tam sie nie dzieje (podobny problem mialam w Polsce, i to samo mi powiedziala polska dentystka). Pewnie osemka sie probuje wydostac, i stad ten bol. Przepisala mi antybiotyki, i srodki przeciwbolowe.

Niestety, nic nie pomoglo... Po pieciu tabletkach przeciwbolowych wzietych w ciagu godziny wciaz bolalo....

Pierwszej nocy sie opilam, wiec spalam dobrze.

W dzien bylo ok, chociaz wiedzialam, ze on tam jest.

Drugiej nocy zaczal sie bal! Pic nie moglam, przez te antybiotyki. Wiec bolalo. Cala noc biedny Matt latal do kuchni i przynosil mi lod (bo jak przylozylam lod to bylo lepiej). Wkladam lod do buzi, przysypiam, jak sie lod roztopil, bum! Znow ten bol, wiec sie budze, wiecej lodu, i tak w kolo Macieju.

Kiedy zabraklo lodu, Matt przyniosl.... mrozone kartofle, ktore tez wkladalam do buzi. Po kartoflach mrozilam zeba wodka. W koncu okolo 3 udalo mi sie zasnac.

W sobote poszlam do dentystki. Leczenie kanalowe. I zrobil mi sie wydatek rzedu QR 600, do tego obowiazkowa koronka QR 700. Dentysci tu sa drozsi niz w Warszawie!


A teraz o sklepie z alkoholem. Jest w calym Katarze tylko jeden taki sklep, zeby w nim robic zakupy trzeba miec licencje. Kolega Matta akurat sie wybieral na zakupy, wiec nas ze soba zabral.

Wyglada to jak sklep z alkoholami na lotnisku - mnostwo butelek, poustawianych w "sektorach" - wodka, whiskey, piwo, wino....

Tylko jest bardzo drogo :( niestety. Np. pol litra piwa kosztuje ponad QR 7! (przypominam, ze QR 1 = okolo 1 PLN). Najtansze wino QR 26 (i to niewiele jest takich, taka srednia cena to QR 40).

Wydalismy ponad QR 500! (kilka piw, 1 wodka, i 5 win). Zdzierstwo!

A ja po sklepie latalam tulac przy twarzy butle z winem (to przez tego zeba, butelka byla zimna, i pomagala na bol). A wszyscy sie patrzyli jak na wariatke - ta to musi kochac wino!

czwartek, 09 września 2004
Ravi, kierowca

Ravi. Trudno okreslic, ile ma lat. Pochodzi z Indii. Przyjechal do Kataru 20 lat temu. Od 10 lat zonaty. Dwojka dzieci - jedno ma 6 lat, drugie 8 miesiecy. Tyle tylko, ze Ravi widzi swoja zone i dzieci raz na rok - bo zona zostala w Indiach. Ravi, a nie moze zona do ciebie przyjechac? Ravi jest w Katarze nielegalnie. Kobiecie o wiele trudniej wjechac do Kataru (pamietacie? Bez wizy meza samotna kobieta nie ma szans....)..

Dlatego Ravi nie widzi, jak jego dzieci dorastaja, nie moze pomoc zonie, gdy ta lezy w szpitalu ciezko chora....

Ale Ravi pracuje - jest kierowca w firmie. Ravi zarabia pieniadze... tak okolo 6 realow na godzine (1QR - real katarski - = okolo 1PLN).... to i tak 10 razy wiecej, niz by zarobil w Indiach...

Wiec Ravi i jego rodzina sa w zasadzie szczesliwi... Tylko czasami, czasami robi im sie smutno, ze nie moga razem zasnac, ze Ravi nie moze dzieciom bajki przeczytac na dobranoc...

środa, 08 września 2004
Balhambar

Tak sie nazywa restauracja, do ktorej sie wybralismy przedwczoraj. Restauracja znajduje sie tuz nad sama Zatoka Perska. Widoki przesliczne, wystroj tez (bardzo elegancki i "z wyzszej polki", bym to nazwala), ale co ja tam bede o wystroju...

Wchodzimy do srodka, i od razu pierwsza rzecz, ktora nam sie w oczy rzucila, to brak cudzoziemcow - ani jednego, sami Arabowie, i to wylacznie mezczyzni! Ooops... Ale nic to, dziarsko siadamy przy stoliku, udajac ze taka sytuacja to nam nie pierwszyzna.

Kelner podaje karte. Cale menu (z deserami i napojami) zmiescilo sie na jednej kartce formatu A4 (druga kartka to samo po arabsku).

Za moment podchodzi do nas szef restauracji i zaczyna pogawedke. Okazuje sie, ze jest nowym szefem w tej restauracji (w Katarze od tygodnia), pochodzi z Egiptu, ze przyjezdza tam duzo Polakow, i ze on sam zna kilka slow po polsku (Dzien dobry, Dziekuje).

Szef restauracji powiedzial nam miedzy innymi, ze niewielu cudzoziemcow przychodzi do tej restauracji (albo chcial nam dac do zrozumienia, ze nie jestesmy tu na miejscu, albo raczej - co mozna bylo wywnioskowac z jego niezwykle przyjaznego zachowania - do tej pory nie przychodzilo wielu cudzoziemcow, a on chcialby to zmienic).

Za moment kelner przynosi nam w "zlotym" dzbanku (taki smukly, z dluuuugim dziobkiem) typowa arabska kawe (nie prosilismy o nia, oni sami tak z siebie ja przyniesli), parzona w tradycyjny sposob. Kawa jest serwowana w malutenkich filizaneczkach. Podobno jest taka tradycja, ze tej kawy nie mozna odmowic, i ze po wypiciu jednej filizanki koniecznie trzeba poprosic o nastepna, ale nigdy nie mozna wypic wiecej niz trzy.

Mniej wiecej taki

Matt przerazony (bo na widok kawy dostaje torsji), ja podekscytowana (bo uwielbiam kawe, i jestem ciekawa jak ta smakuje). Okazalo sie, ze tradycyjna kawa arabska nie ma nic wspolnego z tym, co my nazywamy kawa! Miala kolor metno-zielonkawy, a smakowala jak bardzo mocna herbata, nieco gorzkawa. W zapachu przypominala mi ziolka na przeczyszczenie mojej mamy. Ale pomimo tego niezbyt apetycznego opisu, wszem i wobec oswiadczam, ze byla bardzo dobra, i bardzo mi smakowala.

Gdy my pilismy, kelner stal z tym dzbanem przy naszym stoliku. Poprosilam oczywiscie o druga filizanke, potem o trzecia (bo nie wiedzialam co zrobic, jak ten kelner tak stal). Po trzeciej kelner sam odszedl.

Potem przyniesli jedzenie - najwspanialsze owoce morza jakie w zyciu jadlam, kucharz je grilowal na naszych oczach (za oknem, przed restauracja).

Warto tu wspomniec o napojach. W Katarze w zadnej restauracji czy barze nie dostanie sie alkoholu - serwowane sa wylacznie napoje bezalkoholowe (mozna zapomniec o obiadku z winem..). Chyba ze restauracja (bar) sa w hotelu. Wylacznie hotele moga serwowac alkohol. Ale cudowna rzecza jest to, ze serwuja tutaj tylko swiezo wyciskane soki, takie z prawdziwych owocow!! I to jest norma, standard, a nie - jak u nas - soki z kartonow. Jesli restauracja nie ma akurat tego soku, ktory chcemy, to nas o tym uprzedzi przy zamawianiu. A wybor maja swietny - pomaranczowy sok, jablkowy, z melona, arbuza, lemonek...

Czas na deser. Nazwa kazdego z nich jest po arabsku, wiec jestesmy zmuszeni poprosic kelnera o wyjasnienie. Kelner po angielsku mowil gorzej niz srednio przecietnie, wiec rozmowa wygladala tak:

  • Co to jest?
  • Bread - odpowiada kelner (powiedzmy ciasto).
  • Sweet bread? - sie upewniamy (slodkie ciasto? bo bread po angielsku oznacza tez chleb).
  • Tak.
  • A to, co to jest? (kolejny deser, inna nazwa...)
  • Bread! radosnie informuje nas kelner.
  • Hmm, a to?
  • Mleko!
  • A to?
  • Bread!
  • A to?
  • Zimne mleko!

I w ten sposob przebrnelismy przez cala liste deserow. I co teraz? Ciasto czy mleko? Pytamy, ktore poleca. Wskazal na cos, co sie nazywalo Mahalebia. Zamowilam wiec Mahalebia, Matt poprosil o "mleko" ktore sie nazywalo Mahlebiat Aish. No i w bolesnym napieciu oczekujemy - co sie pojawi???

Kelner przyniosl: dla mnie paczki, takie malutkie, mini paczki, 10 sztuk. Bardzo, bardzo slodkie, tluste, nasaczone czyms kwaskowym. Dobre, ale maksymalnie mozna zjesc okolo 4 (a ja duzo potrafie!). Od razu dodam sprostowanie, iz nazywaja sie one w rzeczywistosci Logaimat, bo kelner nie zrozumial mojego arabo-angielskiego, i zle spojrzal na mojego palucha wskazujacego deser pewnie, i zamiast Mahalebia przyniosl mi Logaimat. Nie wiem, co to jest Mahalebia, ale jak sie dowiem, to napisze.

Matt dostal swoje mleko, czyli deser w postaci zamrozonej, bardzo drobniutkiej "kaszki manny" (niezupelnie to kaszka byla, ale jest to najblizsze temu, co znam z Polski). O ile oczywiscie dostal Mahlebiat Aish, czego nie jestesmy pewni.

Potem zamowilam cos, co sie nazywa romantycznie po angielsku "Milk Safaran Tea", po polsku nieco mniej uroczo: herbata z mlekiem i szafranem. Kelner przyniosl dzbanek, a z niego wystaja 3 karteczki od .... torebek herbaty Lipton!! A ja myslalam, ze dostaniemy jakas tradycyjna herbate arabska! Pijemy, pijemy, ja mowie do meza: Gdzie ten szafran? Smakuje to jak zwykla herbata z mlekiem....

I rzeczywiscie, gdy dostalismy rachunek, okazalo sie, ze jak w przypadku deserow, kelner nie zrozumial, i przyniosl nam.... zwykla herbate z mlekiem. No coz, Milk Safaran Tea moze nastepnym razem....

Na sam koniec szef restauracji zaserwowal nam niespodzianke - rozne owoce, przepieknie ulozone na talerzu.

A przy wyjsciu z restauracji szef nas osobiscie bardzo milo pozegnal, zapraszajac ponownie.

A my, ujeci wspanialym jedzeniem, arabska goscinnoscia, i niepowtarzalna atmosfera, na pewno tam jeszcze wrocimy.

poniedziałek, 06 września 2004
Zyciowa pomylka?

Jakze latwo jest oceniac innych, bez znajomosci tematu, bez "bycia" w danej sytuacji....

Bo na przyklad taka para, o ktorej spiewa Anita Lipnicka: "Jak to byc moglo ze ona i on, osobno, przez tyle lat, zyli ze soba lecz calkiem obok, no jak?"

A my widzimy takie pary. Wstaja rano, ida do pracy. Wracaja. Oprocz polecen typu "Wynies smieci" i "Pozmywaj gary" nie odzywaja sie do siebie. No, chyba, ze sie kloca. A kloca sie czesto - raz na dzien, czasem czesciej.... O wszystko - o krzywe spojrzenie, o skarpetki, o brak uczuc...

Po pracy siadaja, i gapia sie w telewizor. Czasem tylko nachodzi ich mysl, ze byc moze to malzenstwo to byla zyciowa pomylka. Ale szybko zduszaja ta mysl w zarodku, skupiajac swa uwage na wiadomosciach... A potem ida spac. A rano wstaja, i znow ida do pracy...

A my patrzymy na takie pary i myslimy sobie: co oni jeszcze ze soba robia? Dlaczego sie nie rozstana? Na dobre by im to wyszlo...

A potem to sie trafia nam. I wtedy juz rozumiemy, dlaczego. Bo (tu znow piosenka, tym razem w wykonaniu E.B. i K.K pokazuje nam madrosc zyciowa) "trudno tak razem byc nam ze soba, bez siebie nie jest lzej". Bo za duzo nas juz laczy - wspolne mieszkanie, dzieci, kilka lat razem. Bo boimy sie, ze po rozstaniu moze byc jeszcze gorzej. Bo patrzymy na tego obcego nam w tym momencie partnera, i myslimy, ze przeciez kiedys go kochalismy... Bo czasami zdarzaja sie jednak piekne chwile, kiedy uczucia odzywaja, kiedy partner znow jest tym jedynym, wybranym, najdrozszym... Bo wciaz mamy nadzieje ze ta "droga krzyzowa" wkrotce sie skonczy i jednak znow znajdziemy ta lake usiana kwiatami, z pojedynczymi jedynie ostami gdzieniegdzie...

Tylko dlaczego czasami brakuje nam juz sily aby to wszystko ciagnac, dlaczego czasami nadzieja sie konczy, dlaczego? I co robic?

 
1 , 2
Archiwum